Przyszedł czas na podsumowanie akcji Zamów pocztówkę i pomóż dzieciom 😀
Zebrane 812 zł dla Alma Spei – hospicjum domowe dla dzieci, wysłanie 26 pocztówek do 26 wspaniałych ludzi, który pomogli nam osiągnąć cel, przebycie 2484 km, odwiedzenie 4 krajów, 7 dni w trasie, złapanie 15 stopów, poznanie niesamowitych ludzi i niezapomniane wspomnienia na resztę życia.

 

[Dzień 1]
Nasza przygoda rozpoczęła się w Krakowie. Już na samym początku spotkaliśmy mega pozytywnych Wojtków 😀 Zanim się obejrzeliśmy dojechaliśmy do Katowic. Stamtąd sprawnie dostaliśmy się do Wrocławia, gdzie drogę umilały nam tematy o psach, kotach, pszczółkach i.. PRL’u, ponieważ jechaliśmy ze starszym panem, który chętnie opowiadał nam o swoim życiu i nie tylko xd Niestety w ostatniej chwili stwierdził, że opuszcza autostradę i wysadził nas na zadupiu. Jednak szczęście nam sprzyjało i chwilę później znów siedzieliśmy w samochodzie, ale niestety nie trwało ono długo, ponieważ zastaliśmy dłuuugie korki 😀 Miły Pan, z którym jechaliśmy do Wrocławia, w połowie trasy stwierdził, że jednak pojedzie dalej z nami, prawie do samej granicy. W taki oto sposób wysadził nas na ogromnej stacji benzynowej, skąd po upływie 20 minut, złapaliśmy Kamila, który jechał w kierunku Niemiec. Początkowo nie chciał nas zabrać, ale w końcu się zgodził, żeby nas podwieźć. Mieliśmy mega szczęscie! Chcieliśmy dojechać przynajmniej do Drezna, a tu proszę. Okazało się, że Kamil jedzie aż do Stuttgartu, bo ma tam rozładunek! Czyli jechaliśmy z Nim ponad 500km. Czas mijał nam szybko przy rozmowach o życiu, podróżach i przygodach, jakich można doświadczyć w różnych krajach. Do celu dojechaliśmy późno w nocy. Kamil okazał się bardzo gościnnym ziomeczkiem i pozwolił nam przenocować w swojej kabinie 😀 I całe szczęście, bo w nocy padał deszcz.
[Dzień 2]
Plan był taki, żeby wstać rano i szybko jechać w kierunku Szwajcarii, jednak coś nam się nie udało i na wylotówce staliśmy dopiero o 12 xd Wiecie jak jest, podróżnicy też lubią sobie pospać 😀 Na wylotówkę podwiózł nas Kamil i tam się rozstaliśmy. My z kolei bez trudu złapaliśmy kolejnego stopa. Zatrzymał się człowiek o wspaniałym imieniu – Patrick (tak, Patryk pisał ten fragment) 😀 Zaprosił nas do swojego domku, który mieścił się w małym miasteczku niedaleko Schaufhausen. Mogliśmy się w końcu umyć! :DPatrick wraz z przyjaciółmi mieszka w przepięknej dzielnicy, po której oprowadził nas Kevin – przyjaciel Patricka. Opowiadał nam o sobie, o tym czym się zajmuje, a potem puszczaliśmy kaczki na jeziorze obok ich domu. Kiedy wróciliśmy, na werandzie czekała na nas kolacja. Domownicy ugościli nas iście po królewsku. Kupili na „małą” imprezkę dwie kraty piwa i urządziliśmy „małego” grilla xd Nie mogliśmy się ruszać! :3 Przez cały wieczór słuchaliśmy muzyki i każdy coś puszczał. Kevin, jak się okazało, słucha dużo metalowych kawałków, więc puściliśmy mu Nocnego Kochanka i spodobało mu się 😀 To był naprawdę miły wieczór!
[Dzień 3]
Już z samego rana wraz z Patrickem i jego dziewczyną wybraliśmy się do Schaufhausen – pięknego miasteczka ze starym rynkiem i staro-zdobionymi budynkami. Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć i kupiliśmy pocztówki. Po zwiedzaniu nasi przyjaciele odstawili nas na wylotówkę prowadzącą prosto do Zurychu i tam się pożegnaliśmy. Powiedzieli, że jeśli tylko będziemy w ich okolicach, to musimy ich jeszcze odwiedzić. Na pewno skorzystamy 😀 Zanim zabraliśmy się za łapanie stopa, postanowiliśmy coś zjeść. Uczty królewskiej sobie nie zrobiliśmy, ale konserwa też dobra :> Po krótkim czasie zatrzymał nam się sportowy samochód, z zawodowym kierowcą w środku, który jechał po kogoś na lotnisko w Zurichu. Stwierdziliśmy, że dobrze dojechać gdziekolwiek, więc zabraliśmy się z Nim. Facet opowiadał nam o tym, jak sam podróżował i jak czerpie radość z prowadzenia samochodu. Był bardzo skupiony na jeździe i mimo, że trochę mu się spieszyło to zabrał nas ze sobą. Po 40 minutach jazdy wylądowaliśmy na lotnisku koło Zurychu. Trafiliśmy w miarę szybko na Brazylijczyka, który wywiózł nas 30 km za stolicę. Piękna sprawa 😀 Szczęście nam sprzyjało. Na stacji benzynowej, gdzie byliśmy, udało nam się zatrzymać samochód kolejnego Patricka, który wraz ze swoim półtora-rocznym synem Miro jechał w Alpy nad jeziorko Lag La Cauma. Nie zastanawiając się długo, korzystamy z okazji i jedziemy z Nim. Widok zaparł nam dech w piersiach 😀 Świetnie nam się gadało z Patrickiem. Jego syn Miro także nas polubił. Rzucaliśmy z Nim kamykami do jeziora albo biegaliśmy po trawie. Jak na swój wiek, dzieciak jest bardzo samodzielny. Spędziliśmy tak razem caaały dzień, aż zaczęło padać i postanowiliśmy wracać do samochodu. Kiedy mieliśmy się rozstawać Patrick stwierdził, że lubi spontany i powiezie nas prawie 200 km do granicy szwajcarsko-włoskiej. To było niesamowite z Jego strony, bo musiał się później wracać aż do Zurichu, gdzie mieszka, a robiło się coraz ciemniej. Przez całą trasę do granicy towarzyszyły nam obfite burze, nawet grad :DWidoczność była prawie zerowa! Dlatego postanowiliśmy nocować na stacji benzynowej. Panie kasjerki pozwoliły rozłożyć nam się na sofach, więc było nam wygodnie 😀
[Dzień 4]
Tego dnia rozpoczęła się nasza przygoda z Włochami. Niby wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, no ale… we Włoszech łapanie stopa nie jest takie proste. Dodatkowo, kiedy się obudziliśmy, na tej samej stacji co my były jeszcze 4 inne pary z wyścigu autostopowego AutoStopRace. Trochę z nimi rozmawialiśmy, okazało się, że meta ich wyścigu jest na samym południu Włoch. Także mieli jeszcze sporą trasę do przejechania. A my… czekaliśmy na tej stacji ładnych 6 godzin na złapanie stopa 😀 Zabrała nas stamtąd, trochę na wschód od Mediolanu parka z psem, która jechała nad jezioro. Nie było to jakoś bardzo daleko, ale zawsze coś. Następnie zatrzymało się nam małżeństwo, które jechało w stronę Wenecji. Trochę nie tam gdzie chcieliśmy, ale stwierdziliśmy, że lepiej będzie ruszyć BYLE DALEJ, niż tkwić w tym samym miejscu. A przecież trasę można zmienić. W autostopie nic nie jest pewne. Cała podróż minęła nam bardzo szybko i miło. Pan Kierowca podwiózł nas nawet trochę bardziej na południe, bo stwierdził, że z tej stacji lepiej nam się będzie łapało stopa. I tak wylądowaliśmy na stacji benzynowej w kierunku Bolonii, którą Pan Kierowca szczerze nam polecał pozwiedzać. Ledwie wyciągnęliśmy bagaże z jednego samochodu, a już pakowaliśmy je do kolejnego. Zagadał do nas facet, który wracał z całą ekipą z pracy i mogą nas zabrać do Bolonii, bo tam się udają. Pojechaliśmy! Mamy tą niesamowitą okazję, aby zobaczyć to wspaniałe miasteczko. Panowie poczęstowali nas zimną coca-colą, co było bardzo miłe z ich strony, gdyż było bardzo ciepło. Tylko jeden z nich mówił trochę po angielsku, więc za dużo nie rozmawialiśmy. A Bolonia… jednak nie zachwyciła nas swoim urokiem, ale to pewnie dlatego, że nie byliśmy w starych dzielnicach miasta. Szybko się więc stamtąd ulotniliśmy, wyjeżdżając autobusem poza centrum. Następnie poprzez siatki, płoty, trawę i krzaki, dostaliśmy się na stację benzynową w stronę Florencji i na niej spotkaliśmy kolejne pary AutoStopRace, z którymi rozbiliśmy sobie małe obozowisko i tak spędziliśmy kolejną noc, w namiocie.
[Dzień 5]
Kolejny dzień znów rozpoczął się pomału. Po stacji ciągle kręciła się policja, co utrudniało nam łapanie stopa i znowu czekaliśmy dobrych kilka godzin. W końcu udało nam się dogadać z Tybetańczykami. Jeden mieszka już na stałe we Włoszech od dłuższego czasu, a drugi przyjechał na chwilę. Postanowili pozwiedzać Florencję i zgodzili się podwieźć nas na stacje przed tym pięknym miastem. Zrezygnowaliśmy z wjeżdżania do centrum, żeby nie tracić czasu. Okazało się, że jeden z Panów zbiera monety z całego świata. Daliśmy Mu polskiego grosza i złotówkę. Bardzo się ucieszył 😀 Na stacji, na której wysiadaliśmy spotkaliśmy OCZYWIŚCIE uczestników AutoStopRace, którzy powiedzieli nam na wstępie, że jak mamy możliwość jechania dalej to żebyśmy jechali, bo oni są na tej miejscówce od wczoraj i nic nie złapali.. Trochę nas to zaniepokoiło, ale zostaliśmy :> i w zasadzie do wieczora łapaliśmy wszyscy stopa, gadaliśmy, robiliśmy zbiorowe zupki chińskie na pace tira należącego do Pana Wiesia, który ugościł wszystkich autostopowiczów u siebie, udostępnił palnik, wodę, dawał jedzenie i picie oraz umilał czas opowieściami z życia wziętymi 😀 No i pomagał nam łapać stopa, zagadując do kierowców stojących na parkingu. Po pewnym czasie stwierdziliśmy, że zasłużyliśmy na odpoczynek i z pozostałą trzema parami zagraliśmy w tradycyjną grę sudecką – Flanki. W końcu, po dobrych 8h udało nam się złapać autobus, który jechał do samego Rzymu. Tak oto w autobusie spędziliśmy noc i rano dojechaliśmy do naszego celu.
[Dzień 6]
Z samego rana postanawiamy zaatakować i pozwiedzać Rzym. Mamy na to tylko 1 dzień. Plecaki zostawiamy w strategicznym miejscu, czyli przechowalni bagażu na dworcu. Zgadujemy się z dwoma ziomeczkami: Marcinem i Tomkiem, którzy również przyjechali stopem do Rzymu i mają wyznaczoną całą trasę zwiedzania. Dołączamy do nich i tak oto rozpoczynamy malowniczą podróż od Koloseum, aż po Watykam. Po drodze lody, pizza, włoska kawa, mnóstwo zdjęć, opowieści i odpoczynek. Razem podbijamy stolicę i tak mija nam cały dzień. W Rzymie wszędzie jest coś wartego zobaczenia! Gdzie nie pójdziesz, na pewno trafisz na coś pięknego. Wrzucaliśmy pieniążki do Fontanny Di Trevi, odpoczywaliśmy na moście tuż obok Zamku Świętego Anioła, a na koniec odpoczywaliśmy u podnóża Watykanu, do którego nie weszliśmy, bo o 19 zamykają, a była 18.50 :/Wieczorem tego dnia zapragnęliśmy się umyć, po całodziennym marszu, dlatego jedziemy po plecaki i podbijamy do najbliższego lotniska. Oczywiście jedziemy z mapą. Godzina drogi przed nami, ale damy radę! Wysiadamy na przystanku, okazuje się, że musimy wrócić się 2km. Jesteśmy zmęczeni, ale idziemy… wzdłuż drogi szybkiego ruchu i w końcu naszym oczom ukazuje się lotnisko. Niestety.. jest to lotnisko wojskowe i nie możemy wejść do środka. Rozważamy czy opłaca nam się jechać na inne lotnisko, ale stwierdzamy, że nie. Jedziemy na punkt widokowy, skąd mamy nadzieje rano mieć piękny widok na całe miasto, ale okazuje się, że jest ogrodzenie i nie wyjdziemy na górę. Rozbijamy zatem namioty pod bramą i idziemy spać. Jesteśmy wykończeni, więc odpoczynek nam się przyda.
[Dzień 7]
Wczesnym rankiem zwijamy namiot, pakujemy rzeczy, żegnamy chłopaków i ruszamy dalej. Musimy dojechać do Pescary. Szybkie espresso na rozbudzenie, łyk wody i jedziemy już we właściwym kierunku. Dotarliśmy na miejsce w miarę szybko, bo już o 9 oglądamy deszczowe miasto xd Pogoda we Włoszech okazała się mało włoska podczas naszej wyprawy, kiedy to w Polsce upały nie dawały ludziom wytchnienia. Ale nie marudzimy, to już koniec naszej przygody. Na dworcu wysyłamy szybciutko pocztówki i zabieramy się na lotnisko, skąd o 16 mamy lot do naszej ukochanej Polszy.

Wiecie co jest niesamowitego w podróżowaniu autostopem? Że nie traci się wiary w ludzi i dobroć jaką w sobie mają. Że potrafią zrobić coś bezinteresownie i pomóc człowiekowi, którego nie znają. Czasem pomagają bardziej, niż im się wydaje. To właśnie jest piękne!

 

tekst i zdjęcia : Włóczykije czyli my   – Aga Kuc i Patryk Wylaź. 

 

 

Alma Spei Hospicjum dla Dzieci
ul. Dożynkowa 88 a, 31-234 Kraków
KRS 0000 237 645
NlP 6772252176 REGON 120074818
BGŻ BNP Paribas 08 2030 0045 1110 0000 0155 0700
Organizacja Pożytku Publicznego

 

Copyright 2017 ALMASPEI © All Rights Reserved

E-mail

hospicjum@almaspei.pl

Telefon

12 446 64 76