Milenka
Choroba Milenki to dla nas wszystkich „egzamin z miłości”, który wydaje mi się, że codziennie zdajemy na szóstkę.
Ciąża przebiegała bezproblemowo. Jednak z uwagi na fakt, iż maleństwo od jakiegoś czasu nie przybierało na wadze, lekarz ginekolog skierował mnie do szpitala. Mój dwutygodniowy pobyt w szpitalu przed porodem to dodatkowe; badania, testy, powtarzane parokrotnie USG – wszystko wychodziło dobrze. Lekarz prowadzący twierdził; “Nie każde dziecko rodzi się z wagą 4 kg, po prostu jest małe”.
Milenka urodziła się przez cesarskie cięcie 24 września o godz. 20.45. Lekarz mając już ją w rękach stwierdził; “Jest całkiem fajna”. Usłyszałam jej płacz i pokazali mi ją przez chwilkę. Dostała 9 pkt. w skali Apgar. Poinformowali mnie, iż jest malutka – waży 1910g dlatego biorą ją na oddział neonatologii. Wszystko wydawało się być OK. Byłam szczęśliwa, że mam to wszystko już za sobą. Przespałam (czuwałam) spokojnie całą noc… Zadzwoniłam do męża, rodziców, puściłam parę
sms-ów, że już jestem po…, że mamy córeczkę. Wszyscy się cieszyliśmy.
Na drugi dzień mój świat nabrał zupełnie innych kolorów…
Rano przyszła do mnie Pani doktor pediatra. Usiadła przy łóżku i z wielką empatią zaczęła; “Mam dla Pani złe wiadomości…” Powiedziała o podejrzeniu u Milenki choroby genetycznej i o pobraniu jej krwi do badań. Usłyszałam także słowa; ” W tej chorobie nigdy nic nie wiadomo…, może dzieciątko pożyje dwa dni, dwa tygodnie, dwa miesiące a może dwa lata…”
Nie muszę pisać co czułam…, każdy na swój sposób może sobie wyobrazić…
Cóż to jest ten Zespół Edwardsa? Nigdy o czymś takim nie słyszałam! Jak ja to powiem mężowi? Czy będziemy umieli kochać ją tak samo jak dwójkę starszych dzieci? Czy będziemy mogli być jeszcze szczęśliwi? dziesiątki dręczących pytań, na które szukałam odpowiedzi.
Pierwszy telefon do męża. Poprosiłam, aby przyjechał. Powiedziałam, że jest źle…, że wszystko mu powiem jak przyjedzie… Przyjechał bardzo szybko, a ja płakałam i nie mogłam przez jakiś czas wydusić z siebie ani słowa. Starałam się, tak to powiedzieć jak Pani doktor – o “podejrzeniu choroby genetycznej”, ale z drugiej strony nie zostawiać wiele nadziei, że może być “dobrze”, bo przecież lekarze też się czasem mylą… Wysłuchał, nic nie mówił… Chciałam, aby poszedł ją zobaczyć, choć bardzo się tego bałam, bo wiedziałam już od Pani doktor, że Milenka ma pewne charakterystyczne cechy choroby. Nie mogłam iść z nim – byłam jeszcze za słaba. Kiedy wrócił powiedział; “Dorotko, Ona jest śliczna” – te słowa, będę pamiętać do końca życia.
Płakaliśmy razem, mocno trzymając się za ręce.
Milenka jest naszym trzecim dzieckiem, ale z pewnością najbardziej wyjątkowym, gdyż takie skarby rodzą się raz na 8 000 porodów. Mimo tak złych rokowań, o których mówią lekarze
i statystyki nasza Milunia jest bardzo dzielna. Jej bardzo chore serduszko – bije dla nas -
ku zdziwieniu medycyny, bez zastrzeżeń, a każda komórka choć chora, nie manifestuje jak dotąd swej niedoskonałości. Wierzę, że nadejdą te dni, w których cała nasza trójeczka będzie się razem bawić, a których Madzia starsza siostrzyczka Milenki nie może się doczekać.
Wiemy już, że miłość do dziecka – po prostu jest – taka sama dla każdego, a my mimo przeciwności losu potrafimy być szczęśliwi. Choroba Milenki to dla nas wszystkich „egzamin z miłości”, który wydaje mi się, że codziennie zdajemy na szóstkę.
Dorota mama Milenki












