TONY
Żałoba nie trwa dwunastu miesięcy. Nie jest linearna, nie dzieli się na następujące po sobie fazy. To wszystko ciągle się zmienia: trudne emocje odchodzą i wracają. Czasem mam świetne dni. A bywają takie, kiedy jestem bardzo blisko rozpaczy. Każdy przeżywa to inaczej. Każdemu co innego pomoże, co innego go ukoi. Ważne, żeby znaleźć na żałobę swój sposób.
Zdjęcie, które wisi na ścianie, wybrał mój młodszy syn Niko. Tony jest na nim roześmiany, ma dziesięć lat. Zostało zrobione na długo przed diagnozą jego choroby, też przed tym, jak Tony został nastolatkiem. Kilka lat później będzie skaterem, bardzo żywiołowym i towarzyskim, bardzo niepokornym. Zacznie budować własne światy, niekoniecznie dostępne dla młodszego o dwa lata brata.
Niko tęskni za bratem z okresu, kiedy obaj byli chłopcami i dzielili światy. A ja staram się zostawiać mu przestrzeń na przeżywanie żałoby po swojemu. Cały czas obserwuję, co może mu w tym pomóc.
Dać dziecku przestrzeń i równocześnie być blisko
Mój tata był Chorwatem, urodziłam się na terenie dzisiejszej Serbii, a wtedy – Jugosławii. Gdy byłam dzieckiem, trwała tam wojna, więc rodzice wysłali moją starszą siostrę i mnie do Polski. W tym trudnym czasie nieświadomie popełnili różne błędy, których ja – jako matka dwóch synów – bardzo chciałam uniknąć.
Czytałam dużo książek o wychowaniu. Nauczyłam się dawać synom przestrzeń, wspierać ich rozwój. A jak coś zepsuję – przepraszać, poprawiać, zostawać blisko. Zależało mi, żeby synowie mieli do mnie zaufanie i czuli, że ja też im ufam. I żeby wiedzieli, że zawsze mogą poprosić mnie o cokolwiek.
Tony niemalże całe życie trenował pływanie, ale w czasie pandemii, w 2020 roku, zamknęli baseny. Wtedy zainteresował się jazdą na desce. Okazało się, że jest w tym dobry. Był odważny, robił coraz trudniejszy triki. Wrócił do pływania, ale sercem został skaterem, wsiąknął w to towarzystwo.
Zależało mi, żeby syn czuł moje wsparcie. Skaterzy spotykali się niedaleko naszego mieszkania, w Parku Jordana – gdy Tony potrzebował z domu jakąś śrubkę, dzwonił do mnie, a ja wsiadałam na rower i ją zawoziłam, przy okazji podrzucając im kanapki. Koledzy syna zawsze byli u nas mile widziani, często tu nocowali. Albo odwoziłam ich wieczorem po domach, mimo że wyjście spod koca po godzinie 19 w tamtym czasie, szczególnie w sezonie jesienno-zimowym, było dla mnie olbrzymim wyzwaniem. Ale cieszę się, że się przemogłam i miałam frajdę z bycia jego kierowcą. Dzięki temu poznałam bliżej świat syna i jego kolegów. Podczas jazdy słuchałam jego muzyki. I zobaczyłam, jaki ciekawy, kolorowy i dobry jest jego świat.
Tony był popularnym, lubianym chłopakiem. Małomównym indywidualistą, nie lubił się podporządkowywać. Raz na terenie szkoły robił trika na desce. Rozumiem go. Nastolatek, z buzującymi hormonami i tak fajną pasją, miałby się powstrzymywać? Przyuważył go nauczyciel WF-u. Chciał zapytać syna, jak ma na nazwisko, ale zamiast tego zapytał: Jakie masz nazwisko? Tony odpowiedział: Fajne. Nauczyciel się wściekł.
Szkoła rzadko wspiera kreatywność uczniów. Raczej nie pomaga im w szukaniu własnych ścieżek i rozwijaniu skrzydeł. Więc tym bardziej zależało mi, żeby taką przestrzeń stworzyć w rodzinie. Mam poczucie, że mi się udało. Że – choć popełniałam błędy jako matka – niczego definitywnie nie spartaczyłam. Tony sam, w krótkim czasie, zbudował własny, szczęśliwy świat. Było w nim pełno wspaniałych ludzi i ciekawych historii.
W kontekście choroby i śmierci syna to jedyne ukojenie – że żył swoim życiem i robił to, co kochał robić. Nie musiał niczego przede mną ukrywać. A nawet jak starał się ukrywać – wiedziałam o wszystkim, co robił i byłam gotowa wesprzeć go w każdej sytuacji.
Przeczucie
Zaczęło się od kaszlu. Jesienią 2022 roku poszliśmy do lekarki pierwszego kontaktu, zapisała mu wziewy. Nie pomogło. Po tygodniu wróciliśmy, Tony dostał antybiotyk. Dalej bez zmian. Po dwóch dniach wróciłam do lekarki i mówię: że nie działa. – Trzeba czekać minimum trzy dni na efekty – fuknęła. Była zirytowana, że zawracam jej głowę. Normalnie nie jestem z osób, które naciskają, ale miałam przeczucie, że w tym przypadku powinnam. Lekarka zleciła więc badania krwi i rentgen.
Gdy Tony wyszedł z prześwietlenia płuc, podeszła do mnie radiolożka: Opis zdjęcia będzie jutro, ale już teraz powiem, że widzę cień wokół serca. Zdziwiło mnie to serce, bo podejrzewaliśmy raczej kłopoty z płucami. Gdy wróciliśmy do domu, zadzwonili z laboratorium diagnostycznego z informacją, że syn ma alarmująco podwyższone białko CRP – a to oznacza silny stan zapalny w organizmie.
Zadzwoniliśmy do lekarki. Wypisała skierowanie i poleciła, żeby natychmiast jechać do szpitala. Tam okazało się, że to nowotwór serca.
W domu
Lekarze nie do końca wiedzieli, jak go leczyć. Wyniki biopsji były niejednoznaczne, różne laboratoria klasyfikowały guz inaczej. Nie wiedzieliśmy, czy jest złośliwy. Dopiero po trzech miesiącach lekarze zdecydowali się podjąć próbę wycięcia guza (a właściwie dwóch guzów, jak się okazało) z serca syna.
Nie zakładaliśmy czarnego scenariusza. Jeszcze po operacji, w styczniu 2023 roku, obaj synowie pojechali z kolegami na ferie do Serbii. Świetnie się bawili, Tony czuł się dobrze, miał dużo energii i świetny humor. Jednak niedługo po powrocie, 7 lutego, doznał wylewu krwi do mózgu. To go unieruchomiło. Przez kolejne dwa i pół miesiąca – ostatnie dwa i pół miesiąca jego życia – miał ograniczoną świadomość i wymagał całodobowej opieki. Czasem miałam wrażenie, że mnie słyszy, rozumie, tylko nie potrafi odpowiedzieć. A czasem jakby w ogóle nie było go w jego ciele.
Szybko usłyszałam te dwa słowa: opieka paliatywna. Wiedziałam, że w takim razie muszę zabrać syna do domu. Lekarze odradzali, mówili, że jeśli mieszkam z synami sama, to zwyczajnie sobie nie poradzę. Uparłam się. Tony przeszedł pod opiekę hospicjum domowego.
Pod skrzydłami Alma Spei byliśmy zaledwie półtora miesiąca, ale przez ten czas zdążyliśmy doświadczyć dużo dobrego. I to nie było tylko takie „standardowe” wsparcie, jak regularne wizyty pielęgniarskie czy lekarskie. Pamiętam, jak hospicyjny psycholog zauważył rozwieszone po całym mieszkaniu pranie. Tony intensywnie się pocił, więc zmieniałam mu pościel dosłownie trzy razy na dobę, nie miałam już gdzie jej wieszać. Pan Radek zmierzył wnękę i za kilka dni ekipa przywiozła pralkę i suszarkę. To było dla mnie duże ułatwienie, choć wcześniej – zajęta innymi sprawami – nawet o tym nie pomyślałam. To oni zauważyli tę potrzebę i błyskawicznie na nią odpowiedzieli, bez mojej prośby. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiej pomocy – sytuacji, w której ktoś pomyślał za mnie i bez oczekiwania czegokolwiek w zamian po prostu pomógł.
Jedna rodzina
Kiedyś czytałam dużo o wychowaniu, teraz czytam dużo o stracie. Dzięki temu utwierdziłam się w przeczuciu, że moja żałoba nie będzie 12-miesięcznym, linearnym procesem, który ma składać się z następujących po sobie faz. To raczej stan, w którym te szczęśliwe chwile przeplatają się z bolesnymi. U mnie dużo zależy od dnia. Czasem nawet nie dnia, a godziny czy kilku chwil. Raz, widząc na ulicy skaterów, uśmiecham się. Innym razem jestem bardzo bliska bólu.
Poza tym żałoba nie ma określonych ram, jednego schematu. Każdy przeżywa ją inaczej. Cały czas obserwuję siebie i młodszego syna, staram się znaleźć naszą wspólną – i nasze osobne, bo my przecież też się różnimy i różne są nasze straty – drogę przez ten proces. Uczę się, co jest dla nas dobre, co niekoniecznie. Widzę, że pomagają podróże – sporo jeździmy w nowe miejsca, dopiero wróciliśmy z Katalonii. Staramy się próbować nowych rzeczy. Uczyć się nowych rzeczy. Oboje zapisaliśmy się na hiszpański.
Koledzy starszego syna, z którymi jestem w stałym kontakcie, wnoszą wiele dobrej energii. Przeżywanie straty przychodzi im w taki naturalny, piękny sposób. Proszę zobaczyć to nagranie: grupa chłopaków w szerokich spodniach i kolczykach czuwających nad łóżkiem mojego syna. Na tym nagraniu Tony już nie żyje. Napisałam wtedy do jego kolegów: Tony zmarł. Jego ciało będzie w domu do północy, można przyjść go pożegnać. Przyszli i czuwali nad jego ciałem, śpiewając, przytulając się nawzajem, głaszcząc syna po ręce. Było dużo łez, ale też wdzięczności, ciepła, jedności w naszych sercach.
Tony tłumaczył mi kiedyś, że środowisko skaterów to jest wielka rodzina. Na dobre i na złe. Gdziekolwiek na świecie. Gdy zachorował, bardzo mocno tego doświadczyłam. Gdy przebywał w szpitalu, koledzy odwiedzali go praktycznie codziennie; przesiadywali z nim, robili nawet coś na kształt szpitalnych imprez. Tak samo było później, gdy leżał unieruchomiony w domu. Codziennie ktoś go odwiedzał. Skaterzy zorganizowali akcję charytatywną. I po prostu byli. Czuliśmy ich wsparcie.
Tatuaż
Rok przed tym, jak Tony zachorował, zapytał, czy może zrobić sobie tatuaż. Miał wtedy niecałe 15 lat. Nie chciałam mu tego zabraniać – wiedziałam, że jeśli powiem „nie”, syn i tak postawi na swoim. Powiedziałam więc: Dobrze, dostaniesz ode mnie tatuaż na 16. urodziny. Ale mam jeden warunek: wybierz teraz projekt, włóż go do szuflady. Jeśli po kilku miesiącach będzie Ci się dalej podobał, to nie ma sprawy. Po prostu chcę wiedzieć, że jesteś pewny tej decyzji.
Projekt – chłopaka sunącego na desce – stworzył jego kolega. On też miał zrobić mu ten tatuaż. Widziałam, że Tony trwa przy swoim pomyśle. Zaufał mi mi, że się zgodzę i nie przyspieszał. Czekał spokojnie na swoje 16. Urodziny, wspólnie omawialiśmy rysunek.
Ale zachorował. Gdy leżał już w domu, pod opieką hospicjum, zapytałam jego kolegów: Który to miał robić mu tatuaż? Najpierw siedzieli cicho, chyba się wystraszyli. W końcu jeden z nich przyznał się, że to on. – Robimy – powiedziałam. Wcześniej oczywiście skonsultowałam to z hospicyjną panią doktor, wyraziła zgodę. Nie wiem, na ile Tony był świadomy tego, co się dzieje. Że właśnie spełniamy jego marzenie. Ale chcę wierzyć, że w jakiś sposób to czuł. Rozumiał.
Jakiś czas po śmierci syna miałam do jego kolegi prośbę o kolejny tatuaż. Teraz chłopaka sunącego na desce noszę też ja. Choć sama nigdy nie marzyłam o tatuażu – stał on się symbolem porozumienia z moim nieżyjącym nastolatkiem. Zbuntowanym i ukochanym. Przypomina się, że dzięki temu, że go słuchałam i wspierałam – miał życie, jakiego pragnął.
Tony zmarł 28.04.2023 r.




